LISTA 25 NAJGORSZYCH FILMÓW DEKADY

Miałam zamieścić ten ranking z okazji końca roku 2013, ale niestety troszkę mi się przeciągnęło to w czasie;-). No, ale lepiej późno, niż wcale...
Ranking nie najlepszych, nie najpopularniejszych, ale najgorszych filmów dekady, co może być równie ciekawe, jeśli nawet nie ciekawsze od list, które zamieściłam wcześniej.
W internecie roi się od różnego rodzaju top list naj...,ale mi najbardziej spodobała się lista sporządzona przez czytelników Wirtualnej Polski. Są na niej adaptacje filmowe znanych książek i nie tylko...
Oto ona:

    1. "DZIEDZIC MASKI" 2005

    „Dziedzic maski” to zdecydowanie jeden z najgorszych sequeli dekady. Efekty specjalne z 1994 roku biją na głowę te z 2005, przypominając co rusz, że twórcy dysponowali zatrważająco małym budżetem. W obsadzie zabrakło wielkich nazwisk, a poziom dowcipu oscyluje między czerstwym, a żenującym. Przykrej jakości humor to tylko jedna z "zalet" tego filmu. Dla uciechy widza dziecko wali głową tatusia w jaja, zawinięta w bandaż kobieta w stroju kocicy dostaje kopa w żebra, żeby się z zawoju rozwinąć, zielone plemniki dają sobie ogonami po łbach w wyścigu do jajeczka, a żona głównego bohatera rzyga – dobrze, że bąbelkami – prosto na kamerę. Dla dopełnienia należy dodać, że film zaszedł na IMDB na 47. miejsce najgorszych obrazów w historii kina.
    Najbardziej rozsądnym będzie zapomnienie o jego istnieniu.


    2.  "YYYRREK!!! KOSMICZNA    NOMINACJA"

    Jeden z krytyków napisał, że jeśli kogoś nienawidzisz to puść mu ten film. „YYYREEEK" to kontynuacja równie kiepskiego „Gulczas, jak myślisz”, gdzie w rolach „aktorów” pojawili się uczestnicy, popularnego swego czasu, „Big Brothera”.
    Fabuła nie istnieje, tak samo jak aktorstwo, profesjonalne zdjęcia i humor, choć Gruza z uporem maniaka próbował nam wmówić, że to komedia. Jerzemu Gruzie udało się podwójne mistrzostwo, po pierwsze stworzył komedię tak nieśmieszną, że przez 80 minut ma się kamienną twarz, oraz najdłuższą reklamę piwa (piwo Gulczas)... Z rosnącym znużeniem obserwujemy istną lawinę bohaterów, których pojawianie się przeplatane jest piwem i gołymi tyłkami, co zapewne ma przyciągnąć uwagę widza. Poza tym mamy, nie wiadomo po co doklejonego, faceta przewijającego lalki i parzącego łokcie w wanience...(Janusz Rewiński).
    To przez takie produkcje panuje błędne przekonanie, że Polacy nie potrafią kręcić dobrych filmów.


    3.  "NORBIT"

    Amerykański tagline filmu- Have you ever made a really big mistake? - powinien właściwie wystarczyć za rekomendację. „Norbit” to kolejny przykład, jak Eddie Murphy rozpaczliwie próbuje wrócić do formy. Pamiętacie „Gliniarza z Beverly Hills”, „48 godzin” czy „Złote dziecko”? Mimo że nie były to filmy specjalnie wybitne, to nawet po latach ogląda je się z wielką przyjemnością. Murphy był dowcipny, bystry i widać, że miał jakiś pomysł na siebie, jako aktora i komika. „Norbit” jest komedią zrobioną na siłę, bazującą na krzywdzących stereotypach i po prostu mało śmieszną, ba, momentami żenującą prostackim poziomem dowcipu. Reżyser Brian Robbins serwuje nam klasyczny zestaw gagów o pierdzeniu, seksie z otyłymi oraz finalnym rzutem staruszką jako gwoździem programu .Norbit to król pechowców, mało mu się w życiu udało, ale jest tak irytująco dupowaty, że trudno mu współczuć. Za to współczucie należy się Eddiemu Murphy, że zagrał w tym gniocie.

          
    4.  "WYSPA CIENIA"

    Można mieć naprawdę duży problem z radosną twórczością Uwe Bolla, bo między Bogiem, a prawdą, to powinny się tu znaleźć wszystkie jego filmy.
    Ostatecznie wybór padł na „Alone in the dark”, ponieważ mimo że teoretycznie jest to ekranizacja serii gier, to nie ma z nimi prawie nic wspólnego.
    Poza tym film posiada wszystkie cechy "kina autorskiego" Bolla- jest fatalnie zrealizowany, fabuła to niedorzeczny zlepek przypadkowych scen, wprawiający w zdumienie nawet miłośników absurdalnych produkcji spod znaku Eda Wooda i Herschella Gordona Lewisa. Reżyser uznał najwyraźniej, iż tytuł nie powinien zdradzać fabuły filmu i główny bohater, zamiast "samotnie w ciemnościach" stawiać czoła nieznanemu złu, wspierany jest przez całą armię komandosów i (jakże by inaczej) seksowną blondynkę. Większość scen akcji ma miejsce w ciemności, nie wiadomo tylko czy miało to na celu ukrycie fuszerki montażysty, scenografa czy operatora a może chodziło o pokazanie fajnego efektu ognia wydobywającego się z rur karabinów.
    Z niepokojem obserwuje się informacje o produkcji Bolla, opowiadającej o koszmarze obozu koncentracyjnego…



    5.  "TOTALNY KATAKLIZM"

    Nie ma większej zbrodni niż nakręcenie nieśmiesznej komedii. Twórcy „Totalnego kataklizmu” udowodnili, że na durnowate parodie też trzeba mieć pomysł.
    Nie wystarczy tylko połączyć wątki z losowo wybranych produkcji i zatrudnić kilka apetycznych gwiazdek.
    To, co z powodzeniem przez wiele lat udawało się Braciom Zucker i reżyserowi „Strasznego filmu”, to w wydaniu twórców „Disaster Movie” po prostu żenuje i wywołuje niesmak. Tanie kostiumy, tanie żarty, tanie dekoracje i żałosne efekty specjalne to coś, co charakteryzuje ten film najbardziej. Taka produkcja sprawia wrażenie, jakby jakaś grupa przygłupich nastolatków z osiedla dostała kamerę, drobne kieszonkowe i wolną rękę. Ale to także film, który przekracza świadomie i bezwstydnie ramy kina klasy C i na dodatek nie wstydzi się tego. Takie kino może zyskać sobie nawet fanów. W końcu perwersyjne przyjemności można czerpać z wielu źródeł, czemu więc nie z wielkiego ekranu.


    6.  "ONDINE"

    Po premierze „Ondine” podniosły się głosy, że po niezłym „Śniadaniu na Plutonie", jest to oznaka spadku formy Neila Jordana, który chyba już nigdy nie zbliży się do szczytu swoich możliwości, jaki zaprezentował kręcąc „Wywiad z wampirem”.
    Tak czy inaczej „Ondine” jest sporym zawodem, tym bardziej, że kampania reklamowa i zamieszanie wokół romansu odtwórców głównych ról, rozbudziły w widzach apetyt na dobre kino. Niestety film Jordana nie jest owianym tajemnicą dramatem, tylko nieszkodliwą bajeczką, na którą, o ile nie mamy zszarpanych nerwów do ukojenia, trochę szkoda iść do kina.
    Nieciekawa fabuła została opowiedziana w taki sposób, że tylko najwięksi twardziele wytrwali do końca sensu nie chrapiąc w najlepsze. Nasza rodaczka również się nie popisała, a jej gra ograniczyła się do snucia po planie, pluskaniu i robieniu maślanych oczu. Kuriozalne zakończenie pomińmy milczeniem. Jedynymi plusami filmu okazały się irlandzkie krajobrazy i muzyka Sigur Rós. Lektura nieobowiązkowa.




    7.  "NINE"

    Są remaki, które może nie dorównują oryginałowi, ale przynajmniej bronią się jako sprawnie zrealizowane obrazy. "Nine" w reżyserii Roba Marshalla niestety nie należy do wyżej wymienionej kategorii.
    Sam pomysł odwołania się do filmów Federico Felliniego świadczy o braku instynktu samozachowawczego twórców.
    Spłyćcie fabułę, pozbądźcie się wszystkiego, co stanowiło magię pierwowzoru, zatrudnijcie znane nazwiska i dorzućcie parę śpiewano-tanecznych wstawek, a wyjdzie wam "Nine". Całość nuuudna do bólu. Lepiej  się ogląda dodatki na DVD dołączone do płyty z filmami o realizacji poszczególnych scen i reportaż z planu. "Nine" nie dorasta do pięt takim produkcjom jak "8 i pół" i "Dolce Vita" i grającym w nich: Marcello Mastroiannim i boskiej Anicie Ekberg.


     8.  "CIACHO"

    „Ciacho” to podręcznikowy przykład tzw. skoku na kasę. I najgorszego polskiego filmu od lat. Zdrowy rozsądek podpowiada, że komedia z definicji powinna śmieszyć. Na filmie Patryka Vegi z pewnością nie raz parsknęliście śmiechem. Z zażenowania. Czy twórcy naprawdę myśleli, że kogoś może rozbawić pstrokata marynarka, głupia mina Kononowicz czy wsadzenie sobie pierścionka zaręczynowego w tyłek?
    Choć film miał potencjał, to „Ciacho” jest spartaczone od początku do końca. Scenariusz składa się właściwie z luźno powiązanych scen, praktycznie w każdym kadrze dominuje nachalny product placement, a aktorzy rozmieniają swój talent na drobne. Gdzie się podziały takie filmy jak "Killer", "Chłopaki nie płaczą" albo "Poranek kojota"? Na dodatek wygląda to, jakby w Polsce brakowało aktorów, bo w każdej kolejnej nędznej produkcji występują ci sami oklepani do potęgi entej aktorzy.
    W filmie "Gulczas, a jak myślisz?", do tej pory uznawanym za najgorszą polską komedię ostatnich lat, przynajmniej zapamiętaliśmy dialogi dotyczące spóźniającego się Dariusza. W "Ciachu", choć niektórzy bardzo się starali, nie zapadło w pamięci nic. A właściwie nic dobrego.



    9.  "RH+"

    „RH+” czyli dwugodzinna reklama marek odzieżowych oraz nudne rozmowy miotających się po planie gwiazdek i Michała Figurskiego, dla którego, umówmy się, nie był to najszczęśliwszy debiut.
    Miało być strasznie i przerażająco– w końcu twórcy zapowiadali pierwszy polski prawdziwy thriller. Wyszła jedna wielka żenada. Zamiast planowanego napięcia mamy zatem złośliwe komentarze, uśmiechy niedowierzania i totalne rozprzężenie widzów.
    Nie może być jednak inaczej, kiedy w trakcie projekcji jesteśmy traktowani filozoficznymi wykładami w stylu "tyle po nas zostaje, co w ludzkiej pamięci" wygłaszanymi przez patologa, który zaledwie minutę wcześniej oznajmiał "czytam z ludzkich wnętrzności lepiej niż z książek". Sceny sztuczne, bo albo dziewczyny zlizywały z siebie alkohol, albo faceci nieudolnie udawali martwych (tak, można fatalnie zagrać zwłoki).
    Po dłuższym zastanowieniu można dojść do wniosku, że cały film zmierza do jednej sceny - pokazania nagiej Anny P.
    Twórcy „RH+” zawarli w produkcji obiecywany koszmar- szkoda tylko, że w dialogach, scenariuszu i grze aktorskiej. W filmie najlepiej zagrały fantastycznie oświetlone torby z zakupami.



    10.  "WIEDŹMIN"

    Świetna książka i... beznadziejna ekranizacja. Twórcy już w pierwszych minutach zgubili pierwotny zamysł scenariusza.
    Pozostał zlepek przypadkowych scen, których jedynym wspólnym mianownikiem był nadużywający żelu do włosów Michał Żebrowski.
    O ile na zdjęciach promocyjnych aktor prezentował się świetnie, to wystarczyło, żeby raz się odezwał, a publiczność zaczęła się zastanawiać się czy to Wiedźmin, czy jeszcze Pan Tadeusz. Plastikowe dekoracje wręcz idealnie korelowały z drewnianą grą aktorską. Smok rodem z „Reksia”, styropianowe lawiny, gumowa Kikimora i nieskazitelnie czyste kostiumy aktorów.  Reżyser tego filmu powinien obejrzeć sobie "Xenę - wojowniczą księżniczkę ", gdzie jest pokazane czarno na białym jak mają wyglądać sceny bitewne, które w "Wiedźminie" są totalnie spaprane. Największą zaletą tego serialu jest to, iż w ogóle powstał; jego największą wadą, że nadal istnieje. Parafrazując słowa autora literackiego oryginału, można powiedzieć, iż gusta, którymi kierują się polscy „ludzie kina”, nie po raz pierwszy stanowią dla nas absolutną tajemnicę…




    11.  "SEKS W WIELKIM MIEŚCIE 2"

    Przed laty serial HBO „Seks w wielkim mieście” zrewolucjonizował spojrzenie Amerykanów na współczesne kobiety. Zdumione purytańskie społeczeństwo zachwyciło się nową american woman i pogrzebało dotychczasową królową, idealną Panią Domu- Marthę Stewart, razem z jej świątecznymi wypiekami.
    Jednak 12 lat później rewolucja została zaprzedana za blichtr, przepych i wybujałą teatralność. Do tej pory cztery babki z „Seksu w wielkim mieście” były ikonami mody. Teraz stały się jej ofiarami. Sarah Jessica Parker powinna oskarżyć chirurga plastycznego - wygląda w filmie jak transwestyta, a wersja kinowa serialu wypełniona jest wyłącznie cukrem pudrem, świecidełkami i miłosnymi wyznaniami na poziomie dwunastolatek.
    Jeśli ktoś lubi się nacierać pudrowymi cukierkami i ściskać misie mówiąc im jak bardzo cukierkowy ślub sobie wyobrażają z bogatym Arabem to generalnie film jest godny polecenia:-)



    12.  "KOCHANKOWIE ROKU TYGRYSA"

    Pewna redakcyjna recenzentka napisała:
    "Bohater Żebrowskiego miota się, nudzi, a w dziewczynie zakochuje, jak widzi jej piersi. Niby chce odejść, ale sam nie wie, potem już nie chce, ale musi. A wszystko dzieje się w Chinach nie wiem tylko, po co- czy to ukłon reżysera przed świetnie rozwijającym się Państwem Środka, czy duży budżet, który trzeba było jakoś wykorzystać. Szkoda Żebrowskiego okropnie- zdolny to człowiek, charyzmatyczny, niezależny- a tu raz "Wiedźmin", raz "Tygrys"..."
     W "Kochankach" prawie nic się nie dzieje. Bohaterowie wędrują po tajdze polując bądź sprawdzając zastawiane przez myśliwego sidła oraz prowadząc konwersacje o niczym.Przez 80 minut główny bohater snuje się po ekranie, by na krótko przed końcem zorientować się, że Song jest w rzeczywistości właścicielką ponętnej pary "cycuszków". W ciągu następnych 5 minut zatem ją uwodzi, pomiędzy młodymi wybucha płomienne uczucie i pojawia się napis KONIEC. I to chyba na tyle...




    13.  "ZDARZENIE"

    W przeciwieństwie do swoich poprzednich filmów, Shyamalan w mniejszym stopniu postawił na klimat i tajemnicę (które zawsze były jego specjalnością), a w większym na makabrę i krwawe efekty. Czy mogło z tego wyjść coś dobrego? Wizja apokalipsy robi duże wrażenie, choć nie stanowi nowej jakości w kinie. Amerykanie byli przygnębieni wojną w Iraku i stagnacją gospodarczą, więc wyżywali się przez opowiadanie przyprawiających o gęsią skórkę historii. Może prezydentem powinien zostać demokrata? Hollywoodzkie filmy zrobiłyby się wówczas dużo weselsze.
    Fabuła i jej rozwiązanie są do przełknięcia, jednak tylko w przypadku gdybyśmy mieli do czynienia z filmem klasy „B” z lat 50., a nie współczesną hollywoodzką produkcją.



    14.  "GHOST RIDER"

    Czy aktor o spojrzeniu zbitego cocker spaniela mógł wiarygodnie wcielić się w bezlitosnego demona zemsty? Czy Mark Steven Johnson, reżyser odpowiedzialny za fatalną „Elektrę” i jeszcze gorszego „Daredevila”, był w stanie nakręcić dobry film?
    W tej produkcji Blackheart i sprzymierzone z nim demony wyglądają przy głównym bohaterze jak banda obłąkanych wieśniaków. Cage jako główny bohater daje plamę na całej linii, gra jakby nie miał wcale ochoty brać udziału w całym przedsięwzięciu. Jego filmowa partnerka Eva Mendes kolejny raz udowadnia, że jest beznadziejną aktorką. Jej gra ogranicza się do serwowania słodkich minek rodem z komedii romantycznych.
    Przygody Ghost Ridera, bohatera serii wydawnictwa Marvel, to świetny materiał na film i trzeba było naprawdę bardzo się postarać, żeby to spartaczyć. Film Johnsona wykonaniem przypomina produkcje telewizyjne, a scenariusz… jaki scenariusz? Z całą pewnością były to najgorzej wydane pieniądze na bilet do kina w ciągu ostatnich paru lat.



    15.  "BELFEGOR  - UPIÓR LUWRU"

    „Belfegor - upiór Luwru” to pełnometrażowy remake popularnego u nas w latach 60. serialu. Remake, dodajmy, zupełnie nieudany.
    Nie chodzi tutaj o samą fabułę, która jest zupełnie niedorzeczna. Największe zastrzeżenia dotyczą wykonania, które przywodzi na myśl produkcje telewizyjne, a nie kinowy megahit. Widzowie, którzy "lubią się bać" raczej się nie przestraszą, a gęsia skórka będzie wywołana przez klimatyzację, a nie wydarzenia na ekranie. Belphegor, wygląda chwilami jak klaun, jest bardzo sztuczny, niekiedy nawet groteskowy i, co najważniejsze, nie straszy.
    Film w reżyserii Jean-Paula Salomé’a po raz kolejny udowodnił, że Francuzi to sprawni rzemieślnicy, którzy zupełnie nie potrafią ciekawie opowiadać historii.



    16.  "MGŁA"

    John Carpenter kręcąc swoją „Mgłę” dysponował ograniczonymi środkami finansowymi i technicznymi – nie zapominajmy, że był to początek lat 80. Mimo to powstał świetny film grozy, który, podobnie jak „Halloween”, trzyma w napięciu od początku do końca.
    Twórcy remaku z 2005 roku mieli ułatwione zadanie. Technologia poszła naprzód, a budżet jakim dysponowali, kilkukrotnie przewyższał ten, jaki miał Carpenter.
    Nic z tego. Film Rupert Wainwrighta szokuje… poziomem amatorszczyzny, zamiast straszyć śmieszy, udowadniając przy okazji, że mainstreamowy horror w ostatnich latach przeżywał regres. Pokrótce: na Sea Grass kumple Nicka urządzają sobie imprezkę z seksem, mgła zaś rzuca nożami i kładzie trupem trzy osoby. Mgła zderza samochód Stevie z drugim autem i tym samym spycha go z urwiska do oceanu, a ta, jak superheroska, wypływa. Byty mnożone są ponad potrzebę, napięcia brak, muzyka nie do zniesienia, jak zresztą wszystko pozostałe.Te oraz wiele innych wad dopełniają fatalne efekty specjalne oraz w ogóle wszystko.  



    17.  "BEZ MOJEJ ZGODY"

    Film w reżyserii Nicka Cassavetesa to adaptacja bestsellerowej powieści Jodi Piccoult i chyba jedna z najgorszych produkcji 2009 roku.
    Opowieść o dziewczynce, która poznając prawdę o okolicznościach swojego poczęcia, postanawia podać swoich rodziców do sądu, gra na naszych emocjach, stosując najbardziej ordynarne i ograne chwyty, jakie możemy sobie wyobrazić. Cassavetes nawet przez chwilę nie udaje, że interesuje go zgłębienie kwestii etyczno-moralnych. Zostaje co prawda sformułowane pytanie o prawo do samodzielnej kontroli własnego (i czyjegoś) życia, ale szybko pokrywa się ono hollywoodzką zawiesiną mdłej melancholii.Całość skonstruowana jest tak, by popcorn w gardle nie stanął, a paczka chusteczek, co do sztuki, starczyła do ostatnich minut.
    Określenie „tandeta” będzie w tym przypadku pasowało, jak ulał. Jeden z tych filmów, po których, wychodząc z kina nie jesteśmy pewni czy doświadczyliśmy katarktycznego uzdrowienia czy też ulegliśmy zwykłej manipulacji emocjonalnej.





    18.  "NAGI INSTYNKT 2"

    Kontynuacja niekwestionowanego przeboju udowadnia smutną prawdę, że wejście dwa razy do tej samej wody jest po prostu niemożliwe.
    Płaska akcja, nijaka fabuła i przerysowana do granic możliwości Sharon Stone tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że rocznik ’92 smakował  dużo bardziej. Podchody, jakie czyni Stone, by uczynić ze swej bohaterki jeszcze większego wampa, śmieszą, a z czasem nawet irytują. Prężenie ciała, odsłanianie sukienki i mówienie o tym, "z której strony chce być rżnięta", wydaje się wyjątkowo prostackie. Również sama intryga nie zachwyca. Scenariusz przypomina dobrze wykonaną pracę domową bez najmniejszego polotu. "Nagi instynkt 2" zawiódł na całej linii. Otrzymał aż siedem nominacji do Złotej Maliny. Zasłużył jednak na jedną statuetkę. Za najgorszy film roku.






    19.  "SPIRIT - DUCH MIASTA"

    Łukasz Muszyński napisał, że „Spirit jest niczym pistolet na wodę - kształtem przypomina prawdziwą broń, ale zabić może wyłącznie strumieniem... nudy."
    Frank Miller miał do dyspozycji znanych aktorów, niemały budżet oraz scenariusz oparty na komiksie Willa Eisnera, ojca chrzestnego powieści graficznej. Okazało się, że to nie wystarczyło.
    Mimo że obraz powala warstwą formalną i w zgrabny sposób przenosi niuanse języka komiksu na wielki ekran, to całość prezentuje się wyjątkowo nijako, dając argument, że mamy do czynienia z marną podróbką „Sin City”. To, co wylewa się z ekranu kinowego, można by więc porównać do resztek wydalonych z pokaźnego żołądka popkultury. Nawet strona wizualna filmu, choć na pierwszy rzut oka interesująca, jest zaledwie kopią pomysłów z "Miasta grzechu". Miller umie komponować obrazki, ale nie wie, jak połączyć je w całość, która nie rozpadnie się przy najbliższym podmuchu wiatru. Na sali kinowej będą go generowali ziewający widzowie.



    20.  "OBCY KONTRA PREDATOR 2"

    Na ten crossover fani obu serii czekali od momentu, kiedy w 1994 na rynku pojawił się komiks krzyżujący losy dwóch najbardziej niebezpiecznych ras, jakie kiedykolwiek pojawiły się na wielkim ekranie.
    Pierwsza część spotkała się z dość chłodnym przyjęciem kinomanów, zawiedzionych małą ilością krwawych scen, na które wszyscy tak liczyli- w końcu marka zobowiązuje. Jednak wszelkie niedociągnięcia AVP bledną przy sequelu.
    Trailer rozbudził nadzieje, które okazały się niestety płonne. Zamiast krwawej jatki twórcy zaserwowali nam komiczną parodię horroru z cyklu „seksowne nastolatki, które zawsze uciekają w złą stronę” z fabułą tak absurdalną, że „Transformers 2” to najbardziej logiczny film ostatniego półwiecza. Trzeba mieć wielki talent aktorski, aby, kiedy wszędzie wokół walają się flaki, umieć powiedzieć z kamienną miną odkrywcze i wiekopomne "Ed, tu giną ludzie?". Permanentna rzeź wszelkich możliwych stworzeń, fantastyczny scenariusz, dialogi będące klasą samą dla siebie i specyficzna gra aktorska. Wszystko to daje mieszankę doprawdy wybuchową, na której każdy fan prawdziwie dobrego złego kina powinien się świetnie bawić.




    21.  "PIŁA IV"

    Wśród naszych propozycji na najlepszy dreszczowiec dekady znalazła się pierwsza część „Piły”. Film Jamesa Wana odbił się szerokim echem wśród widzów na całym świecie i pokazał, że kinomani głodni są mocnych wrażeń. Poza tym „Piła” oferowała całkiem niezły, trzymający w napięciu scenariusz.
    Niestety, kolejne części okazały się jedynie odcinaniem kuponów, polegającym na spłycaniu, i tak już niespecjalnie głębokiej, fabuły oraz epatowaniu co raz wymyślniejszymi scenami tortur, które wywoływały bardziej salwy śmiechu niż obrzydzenie. Makabryczne gry są jeszcze bardziej bezwzględne, krwawe i widowiskowe. Ofiary znów stoją przed wyborami typu "wydłub se oczy albo zgiń". Jednak jest to tylko i wyłącznie powtórka z rozrywki. Nadal miło ogląda się te poucinane kończyny, wrzaski czy co tam się znajdzie. Widać jednak zmęczenie materiału. Formuła mordercy, który uczy życia, zwyczajnie już się przejadła.



    22.  "KOBIETA - KOT"

    Czy można popsuć adaptację komiksu do tego stopnia, że nawet najbardziej gorliwi miłośnicy kobiet w trykotach wychodzili z kina z kwaśną miną? Smutny przypadek „Kobiety-Kota” pokazuje, że jest to możliwe.
    Twórcy wyszli z założenia, że widzowie przymkną oko na szczątkowy scenariusz, zapatrzeni w powabne Halle Berry i Sharon Stone… Abstrahując od fatalnego wykonania i słabych dialogów, nie można przejść obojętnie obok tego, co reżyser zrobił z tytułową bohaterką.
    Kobieta-Kot w stosunku do oryginału ma zmienione imię i nazwisko, posiada supermoce, a jej kostium przypomina raczej „uniform” striptizerki, niż komiksowy odpowiednik. Scenariusz - nad którym pracowało aż 3 autorów - sprawia wrażenie, jakby napisała go jedna osoba, po kilku piwach, na kolanie i w przerwie szczególnie emocjonującego meczu.
    Zastanawia również przynależność etniczna bohaterki. Poprawność polityczna poprawnością, ale akurat ten zabieg był zupełnie niepotrzebny. "Kobieta-kot" to film zły od początku do końca.



    23.  "FANTASTYCZNA CZWÓRKA 2: NARODZINY SREBRNEGO SURFERA"

    W tym przypadku nie ma nad czym się rozwodzić. "Fantastyczna Czwórka 2" to chyba najgorsza ekranizacja komiksu, jaka kiedykolwiek powstała.
    Tragiczne efekty komputerowe, papierowi bohaterowie, koszmarne dialogi i scenariusz, który równie dobrze mógł posłużyć za kanwę kreskówki z lat 60.
    Film również pokazuje, że niektóre historie obrazkowe po przeniesieniu na wielki ekran, rażą niestety infantylnością. Ale nie ważne o co chodzi, ważne, żeby byli bohaterowie w kostiumach bo dzieciaki to kochają.
    Druga sprawa- postać Srebrnego Surfera miała spory potencjał, którego Mark Frost i Don Payne zupełnie nie wykorzystali.



    24.  "GIGLI"

    W tym roku kapituła przyznająca „Złotą Malinę” uznała film Martina Bresta za najgorszą produkcję dekady.
    Sześć lat temu „Gigli” również zostało dostrzeżone, otrzymując aż osiem statuetek tej zaszczytnej nagrody. Czyni go to swoistym rekordzistą.
     Ze swojej strony dodamy tylko tyle, że Jennifer Lopez to największe „drewno” jakie kiedykolwiek mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać, a sam film to najgorzej zagospodarowane dwie godziny naszego życia. Film z Jennifer Lopez i Benem Affleckiem w 2003 roku zrobił spektakularną klapę. Obraz zniknął z ekranów kin zaledwie po trzech tygodniach.



    25.  "FENOMEN"

    "Fenomen" w pierwotnym zamierzeniu miał być protestem wymierzonym w rodzimy show biznes, epatujący odbiorców medialną pulpą. Pomysł odważny i wydawać by się mogło, że dość łatwy do zrealizowania, ponieważ reżyser za broń wymierzoną w oponentów wybrał komedie. Szkoda tylko, że po głowach dostaliśmy – my, widzowie. Przecież niczemu nie zawiniliśmy! Oglądając "Fenomen" można się bowiem zastanawiać, do kogo jest on skierowany. Część dowcipów to typowe "inside jokes", które śmieszyć będą pewnie tylko ekipę i tych, co siedzą w show-biznesie. Inne skecze prezentują żenująco wręcz niski poziom, co zapewne przypadłoby do gustu osobom pokroju filmowej Oliwii i Jadźki. Wiele scen będzie zaś zrozumiała tylko dla widzów mających już trochę lat na karku i pamiętających "Chłopców radarowców" i "Kabaret Olgi Lipińskiej".
    Twór w stu procentach środowiskowy, pełen umizgów pojawiających się w epizodach decydentów i wątpliwej klasy celebrytów. Film powstał na zamówienie miasta Płocka, które użyczyło twórcom plenerów, finansów i tłumu.
    Przykrym rezultatem tych zabiegów jest reklamowy, pozbawiony jakiejkolwiek wiarygodności banner o niedorzecznym poczuciu misji, ostatecznie wykluczającym sklasyfikowanie go jako niegroźnej ciekawostki.



    Zobacz także:
    61 najlepszych adaptacji filmowych 
    100 książek, które musisz przeczytać przed śmiercią 
    100 filmów, które musisz zobaczyć przed śmiercią 





    6 komentarze: